sobota, 9 marca 2013
wtorek, 26 lutego 2013
Incognito
Gdzieś ostatnio słyszałam, że życie rodziny wielodzietnej,
jest bardzo dynamiczne. Spodobało mi się, ujęta niezwykle zgrabnie i nadzwyczaj
delikatnie, nasza rzeczywistość wszechogarniającego nieogarnięcia.
Moglibyście pomyśleć, że znajduję w tym przyjemność, co
zupełnie nie byłoby nawet bliskie prawdy. Nie lubię bałaganu, braku kontroli i
jakby niemożliwych do nadrobienia zaległości. Jednocześnie muszę przyznać, że
widzę w tym sens a nawet ogromną wartość. Dla siebie i całej naszej rodziny.
Czymże jest życie, jeśli nie ciągłymi zmianami, drogą, która
pełna jest zakrętów, nieprzewidzianych zwrotów akcji. Gdy wjechaliśmy w ślepy
zaułek i trzeba zawracać. Czasem też trafiamy na rozdroże i co wtedy począć?
W naszym przypadku, tak właśnie jest najczęściej i
wtedy po raz kolejny, nie wiedzieć
czemu, z jakimś maniackim uporem i wbrew rozsądkowi ze wszystkich ścieżek
wybieramy tę najmniej uczęszczaną.
Mnóstwo zmian przed nami, ważnych i trudnych decyzji.
Mnóstwo już rozpoczętych projektów i mnóstwo nowych wyzwań. W związku z tymi
zmianami, blog dostał nowy tytuł a z czasem dostanie nowy wygląd, ale o tym
opowiem innym razem.
Teraz, chcę jeszcze chwilę pozostać na tej „stacji”. Nasza „Pełna Chata” opustoszała na tydzień,
cały tydzień. Dzieci zostały w Gdańsku a my
uciekliśmy, wysiedliśmy z
rozpędzonego pociągu by po prostu pobyć razem.
Zaszyliśmy się nic nikomu nie mówiąc. By odwiedzić sąsiadów,
oddać zasłonki do krawcowej w Stężycy, odwiedzić niewielki sklep z antykami na
strychu starego młyna i kupić tam kilka skarbów za złotówkę lub 3 zł za sztukę.
Odwiedzić muzeum w pobliskiej wsi, pospacerować, poczytać.
Znalazłam mnóstwo uroczych bibelotów, dla każdego z dzieci, a w muzeum,
prawdziwy skarb. Książkę za 7 zł, napisaną przez Kaszuba z tych stron. Pachnie
wspaniale (mam bzika na tym punkcie). Kartki ma żółte a język jakim jest
napisana… ech, poezja.
Czytaliśmy więc, ważąc i rozmyślając te o tych dawnych czasach, kiedy Dwór w Wielkich Chełmach tętnił życiem. Ja robiłam sery a Rafał zrobił mi prasę.
Potrzeba nam było tego czasu.
Pociąg pędzi a za oknem zmienia się krajobraz. Jedni
wsiadają do pociągu a inni kończą swą podróż, bez względu na to, że idzie
wiosna i wszystko wokół powoli budzi się do życia.
Tylu z naszych przyjaciół , straciło w ostatnich dniach
swoich bliskich.
Czasem w sercu rodzi się ogromny bunt na to wszystko, na co
nie mamy wpływu.
Wierzę jednak, że wszystko ma swój czas. Teraz jest taki
czas, dobry na rozmyślanie, rozmowę, przebaczenie i nadzieję .
Na wiarę w to, że nadejdzie czas wiosny, słońca, ciepła i
przebiśniegów. A nadejdzie, na pewno.
piątek, 8 lutego 2013
Boże Narodzenie
Wiem, że jest już Luty i Boże Narodzenie dawno za nami, jednak teraz, kiedy patrzę na zdjęcia, z taką przyjemnością, nie mogę uwierzyć, że tak się bałam.
Tak, przyznam się, że miałam rozmaite obawy.
Od kiedy moja mama, kilka lat temu przeszła przez walkę z nowotworem a jedyny brat zamieszkał z rodziną za morzem, na mnie spoczywa (obowiązek?) "urządzenia świąt".
Brzmi fatalnie, wiem i bardzo mi wstyd.
Kiedy tak już na dobre zaczęłam się martwić, jak poradzę sobie z całą tą odpowiedzialnością ... odebraliśmy wiadomość, że moich rodziców nie będzie, ponieważ zachorowali.
Stanęłam jak wryta. Dzieci, podniosły lament :"jak to, Boże Narodzenie bez babci i dziadka?????".
Kiedy ledwo zdołaliśmy jakoś pogodzić się z tą sytuacją, odebraliśmy drugi telefon "my też jesteśmy chorzy i nie przyjedziemy, bardzo nam przykro".
Wszystkie te przygotowania, ręcznie przez nas odlewane świeczki z wosku pszczelego, na świątecznym stroiku, który zrobiłyśmy z tego najstarszego świerka. Choinka, wybrana przez dziewczynki a przyniesiona przez chłopaków, tak pięknie przybrana. Przez dzieci przygotowana kolęda, specjalnie dla babci i dziadka, którą Marysia, zupełnie nieoczekiwanie zgodziła się nawet okrasić akompaniamentem na pianinie.
Te paszteciki w cieście piwnym i barszcz, które przyrządzamy co roku niemal rytualnie a ich receptura jest cennym skarbem z moich rodzinnych stron od mamy chrzestnej.
Uwielbiane przez dzieci(duże i małe), moje ciasteczka migdałowe...
Te wszystkie starannie wybrane prezenty...Wszystko to nagle stało się takie...pozbawione sensu. Tak nie istotne.
Zostaliśmy sami. Sami w środku zimowego, chłodnego krajobrazu. A to miały być Te Święta, które po raz pierwszy mieliśmy spędzić z dziadkami z obu stron.
Dzieci całkowicie pogrążyły się w żałobie. Śnieg Padał, mróz wzbierał.
Pojechaliśmy na pasterkę.*
W drodze powrotnej, dzieci wciąż były osowiałe a ja jakoś nawet nie umiałam się zebrać by je szczerze podnieść na duchu, sama miałam jakieś takie ciężkie serce. W pewnym momencie Filip powiedział; no i teraz wrócimy, do tego pustego domu, na naszą samotną Wigilię...
Zabrzmiało to niemal jak głos z nad grobu, lecz za chwilę, mój rezolutny małżonek odpowiedział; Tak, rzeczywiście i nazwiemy się "Samotną Siódemką":)!
Salwy śmiechu wytoczyły się z samochodu razem z naszą całą samotną siódemką.
Jeszcze przed Świętami, dostaliśmy od przyjaciół skrypt, w którym opisana była przepiękna, rodzinna liturgia Wigilijna, rozpoczynająca się ciemnością oczywiście. W tym roku, zapragnęliśmy tak właśnie rozpocząć Wigilijny wieczór, a rozpakowywanie prezentów, zostawić na następny poranek, tak, by rzeczywiście oddać ten wieczór Chrystusowi.
Wszyscy już wiedzieli co mają robić i znali swoje zadania bardzo dobrze. Rafał poszukał Biblii, ja wstawiłam kolację do pieca, by się już w tym czasie podgrzewała, dzieci pobiegły gasić światła.
Rozpoczęliśmy całkowitą ciemnością, potem, zapaliliśmy świecę przy której Rafał przeczytał czytanie a po jego zakończeniu każdy wziął swoją świeczkę i podaliśmy sobie to Światło, jeden do drugiego, odpalając od swoich świec. Kiedy było już jasno, zaśpiewaliśmy "Gdy się Chrystus Rodzi". Na koniec Fryderyk włożył Jezuska do żłóbka i podzieliliśmy się opłatkiem.
*tu na Kaszubach, jest taka specjalna pasterka, dla rodzin z małymi dziećmi, na 16.00 :)
Tak, przyznam się, że miałam rozmaite obawy.
Od kiedy moja mama, kilka lat temu przeszła przez walkę z nowotworem a jedyny brat zamieszkał z rodziną za morzem, na mnie spoczywa (obowiązek?) "urządzenia świąt".
Brzmi fatalnie, wiem i bardzo mi wstyd.
Kiedy tak już na dobre zaczęłam się martwić, jak poradzę sobie z całą tą odpowiedzialnością ... odebraliśmy wiadomość, że moich rodziców nie będzie, ponieważ zachorowali.
Stanęłam jak wryta. Dzieci, podniosły lament :"jak to, Boże Narodzenie bez babci i dziadka?????".
Kiedy ledwo zdołaliśmy jakoś pogodzić się z tą sytuacją, odebraliśmy drugi telefon "my też jesteśmy chorzy i nie przyjedziemy, bardzo nam przykro".
Wszystkie te przygotowania, ręcznie przez nas odlewane świeczki z wosku pszczelego, na świątecznym stroiku, który zrobiłyśmy z tego najstarszego świerka. Choinka, wybrana przez dziewczynki a przyniesiona przez chłopaków, tak pięknie przybrana. Przez dzieci przygotowana kolęda, specjalnie dla babci i dziadka, którą Marysia, zupełnie nieoczekiwanie zgodziła się nawet okrasić akompaniamentem na pianinie.
Te paszteciki w cieście piwnym i barszcz, które przyrządzamy co roku niemal rytualnie a ich receptura jest cennym skarbem z moich rodzinnych stron od mamy chrzestnej.
Uwielbiane przez dzieci(duże i małe), moje ciasteczka migdałowe...
Te wszystkie starannie wybrane prezenty...Wszystko to nagle stało się takie...pozbawione sensu. Tak nie istotne.
Zostaliśmy sami. Sami w środku zimowego, chłodnego krajobrazu. A to miały być Te Święta, które po raz pierwszy mieliśmy spędzić z dziadkami z obu stron.
Dzieci całkowicie pogrążyły się w żałobie. Śnieg Padał, mróz wzbierał.
Pojechaliśmy na pasterkę.*
W drodze powrotnej, dzieci wciąż były osowiałe a ja jakoś nawet nie umiałam się zebrać by je szczerze podnieść na duchu, sama miałam jakieś takie ciężkie serce. W pewnym momencie Filip powiedział; no i teraz wrócimy, do tego pustego domu, na naszą samotną Wigilię...
Zabrzmiało to niemal jak głos z nad grobu, lecz za chwilę, mój rezolutny małżonek odpowiedział; Tak, rzeczywiście i nazwiemy się "Samotną Siódemką":)!
Salwy śmiechu wytoczyły się z samochodu razem z naszą całą samotną siódemką.
Jeszcze przed Świętami, dostaliśmy od przyjaciół skrypt, w którym opisana była przepiękna, rodzinna liturgia Wigilijna, rozpoczynająca się ciemnością oczywiście. W tym roku, zapragnęliśmy tak właśnie rozpocząć Wigilijny wieczór, a rozpakowywanie prezentów, zostawić na następny poranek, tak, by rzeczywiście oddać ten wieczór Chrystusowi.
Wszyscy już wiedzieli co mają robić i znali swoje zadania bardzo dobrze. Rafał poszukał Biblii, ja wstawiłam kolację do pieca, by się już w tym czasie podgrzewała, dzieci pobiegły gasić światła.
Rozpoczęliśmy całkowitą ciemnością, potem, zapaliliśmy świecę przy której Rafał przeczytał czytanie a po jego zakończeniu każdy wziął swoją świeczkę i podaliśmy sobie to Światło, jeden do drugiego, odpalając od swoich świec. Kiedy było już jasno, zaśpiewaliśmy "Gdy się Chrystus Rodzi". Na koniec Fryderyk włożył Jezuska do żłóbka i podzieliliśmy się opłatkiem.
| Nasze dzieciaki z przyjaciółmi, w tradycyjnie już wspólnie spędzany 2 dzień Świąt |
*tu na Kaszubach, jest taka specjalna pasterka, dla rodzin z małymi dziećmi, na 16.00 :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)