poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Kolorowe Jarmarki, blaszane zegarki... czyli wakacje za pasem




Od pleneru filcowego w Wieprznicy minęły całe wieki. Mała Wandzia, przebywająca jeszcze niedawno pod sercem Ali, buszuje już na świecie.

Pytacie mnie, o kolejne spotkanie filcowe, co mnie cieszy nie ukrywam.
No więc, w pierwszej kolejności, muszę się przygotować do warsztatów filcowania w Ostaszewie, na które zostałam zaproszona przez Magdalenkę, która to napisała projekt i dostała środki, na swoje przedsięwzięcie z zakresu rękodzieła.
Wrzesień będzie niezwykle pracowity, bo dzieciaki trzeba wyszykować do szkół, pozapisywać na zajęcia itp. Jakieś filcowe spotkanie, jest również przewidziane właśnie dla dzieci ze szkoły.
Potem październik, to właśnie warsztaty w Ostaszewie, no więc spotkanie dla „Filcowego Namiotu” przewiduję na listopad lub początek Grudnia. Myślę, że tematyka będzie już świąteczna. Szczegóły oczywiście pojawią się niebawem, myślę, że do końca września na pewno.
Zapisały się już Becia i Andzia, (ale zapraszam również całkiem nowe panie, te które jeszcze np. nigdy nie filcowały, to nie jest hermetyczny namiot;). Choć myślę, i mam nadzieję, że te spotkania zawsze będą miały charakter kameralnych spotkań w Jurcie, przy żywym ogniu i domowej kuchni.
No właśnie, miałam ambicję, odwiedzić Jurty w Kruszynianach, ale na razie konie huculskie całkowicie zaprzątnęły nam głowy. Jeśli nasza podróż 14go września do Kamienia Pomorskiego zakończy się podpisaniem umowy, to podczas filcowych spotkań, za oknem będą biegały konie. To takie milusińskie, koniopsy, albo kury, bo pierwszy raz widzę konie, które chodzą po podwórku jak kury właśnie i wkładają łeb do kuchni przez okno.


Nasze wieloletnie marzenia, zaczynają nabierać realnych kształtów. Projekt „Kukówka” rozrasta się z dnia na dzień. Poznajemy bardzo ciekawych ludzi, odwiedzając jarmarki i festyny regionalne, wreszcie budujemy chatę.
Kiedy na naszej ziemi, (na której od 7 lat gotujemy na ogniu, myjemy się przywiezioną wodą z fasa a jedyne światło to latarki i lampy naftowe), nagle trysnęła woda doprowadzona z wodociągu… ech, po prostu czułam się jakby to co najmniej była ropa naftowa.
Być może, już w przyszłym roku, Filcowanie na Kaszubach odbędzie się nie w Wieprznicy, a w Kukówce właśnie, w naszym własnym małym centrum rękodzieła, slow food i edukacji przyrodniczej…

W ten weekend odwiedziliśmy „Festiwal Smaku w Grucznie”, najbardziej interesowały mnie stoiska z serami owczymi. Kupiłam sobie ser owczy blue, pycha! Oto strona gospodarzy można zamówić do domu.
Miło wspominam także rozmowę z panem Adamem, który zdradzał nam nieco tajników wędzenia ryb, a szczególnie łososia… niezapomniany smak! Siedzieliśmy sobie w cieniu, na wzgórzu, obok wędzarni, z której od czasu do czasu dochodził cudowny zapach.
Swoją drogą Gruczno, to przeurocza miejscowość, tak niedaleko Gdańska a nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Mam zamiar wybrać się tam rowerem, czas jakby staną tam w miejscu.
No były też stoiska z filcem… ale nie zachwyciły mnie. Może w przyszłym roku, któraś z was się tam wybierze i pokaże klasę.

Na Jarmarku Dominikańskim za to spotkałam kilka stoisk filcowych. Zdecydowanie co roku ich przybywa. Poziom był bardzo różny, od początkujących i okazyjnych filcarek, do tych już bardziej doświadczonych i wprawionych.
Ja wzdychałam do trzech stoisk.
Podobały mi się kapelusze z Długiej, takie wcale nie cienkie, tylko takie cudne, przaśne. Oto link. Oczywiście nie omieszkałam odwiedzić Kasi Jeruszki na Długim Pobrzeżu, w końcu mogłam zobaczyć ją na żywo umówiłam się nawet wstępnie na filcowanie. Oglądam jej prace od dłuższego czasu na blogu, ale zobaczyć i pomacać, to przecież co innego, no nie? Można się przekonać, że to nie tylko dobre zdjęcia, ale wyroby rzeczywiście ślicznie wykończone i starannie ufilcowane. Poza tym, bardzo przyjemna osobowość artystki, skromna i uśmiechnięta.
Gdyby ktoś jeszcze nie znał tych prac, podaje link.
No i “last, but not the least” pani którą znalazłam na mojej ulubionej Grobli, tam gdzie większość handlarzy rękodziełem. Piękne prace, czapki i ubrania na jedwabiu. Nie zrobiłam zdjęcia, a co gorsze, zgubiłam wizytówkę, po którą specjalnie wracałam następnego dnia, bo wyszły.
Może ktoś tą panią kojarzy i mi pomoże? Ta pani stała ze swoim stoiskiem również w poprzednich latach, była pierwszą lub jedną z pierwszych z takim stoiskiem, a stoisko naprawdę spore.

W między czasie, wybraliśmy się także do wspaniałego skansenu we Wdzydzach Kiszewskich.
Tam zaczerpnęliśmy inspiracji co do naszej chaty, ale i spotkałam stoisko ceramiczno-filcowe.
Żałuję teraz, że nie robiłam zdjęć. Muszę przyznać, że po prostu zrobiłam sobie wakacje pełną gębą.

Przed nami jeszcze, również moim zdaniem wspaniała impreza, czyli festyn w Biskupinie.
W tym roku jednak, mam nadzieję być w tym czasie w Hiszpanii:)

No dobrze, pora brać się do pracy, choć tryb wciąż wakacyjny, to wczorajsza kąpiel i coraz chłodniejsza woda w jeziorze daje znać, że trzeba powoli szykować się na nadejście jesieni. Jarzębina już czerwona a kasztany dojrzewają… ech, trzeba będzie zapiąć płaszcz…

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Sprawozdanie z Wieprznicy 2010





No więc jest coś w tych babskich spotkaniach… Pojechało nas sześć kobitek, każda zupełnie inna, każda z jakby innej bajki…
Dzień wcześniej, specjalnie na tą okazję wymyłam samochód. Udało mi się wszystko przygotować i byłam z siebie bardzo dumna. Miałam na ta okazję cały wielki karton nowej wełny, wspaniałych kolorów i mnóstwo odcieni. Podekscytowana nowym wyzwaniem, ale i pełna obaw czy sprostam.
Wieczorem, kiedy już wszystko było gotowe, oparzyłam sobie palec… nigdy wcześniej nie miałam tak głębokiego oparzenia i byłam już niemal pewna, że powinnam odwołać imprezę. Zadzwoniłam jeszcze do Betuli, która to wyprorokowała, że do jutra palec będzie do zniesienia i nie ma obaw. Miała racje, choć ból okrutny i trudno było mi uwierzyć w tak pozytywny scenariusz.

Dziewczyny zbierały się stopniowo, ale wszystkie punktualnie. Magdalenka, która miała najdalej, zjawiła się pierwsza, w dwóch kiteczkach na głowie z małą walizeczką i szerokim uśmiechem na twarzy.
Potem Justynka, jedyna z pośród nas stanu wolnego, ubrana jak na młoda babeczkę przystało, w letnią sukienkę na ramiączkach, choć mój termometr wskazywał 14 stopni. Instynkt mamuśki, kazał mi ja natychmiast ubrać w ciepły sweterek. Trochę się opierała, ale w końcu uległa.

Drobna Karolinka, swoim wielkim wozem, przybyła z ciastem truskawkowym, które to zostało skrupulatnie zapakowane jak najcenniejszy skarb.
Na koniec, dobiła do nas Alunia, malownicza złotowłosa, przy nadziei. Zdążyła jeszcze przywitać męża na stacji, który powrócił tego dnia z podróży, by zaraz go pożegnać.
Andzia, miała dojechać na miejsce, kolejna barwna postać, której nie mogło zabraknąć.

Nasz wesoły autobus był już więc na tą chwilę obsadzony i gotowy do odjazdu.
Rozmowy po drodze, jeszcze o mężczyznach, związkach i o tym, jak wyglądały przygotowania do wyjazdu każdej z nas…



Na miejscu przywitało nas słońce, synoptykom w brew. Ja rozkładałam stół, nalewałam to i owo do kubeczków i szklanek a dziewczyny obwąchiwały teren, wybierały łóżka i wdychały zapach lasu…
Andzia znakomicie poradziła sobie z odnalezieniem naszej leśnej chaty, choć ostatnio była tu, gdy śnieg sięgał dosłownie do kolan.







Pierwsza wpadka… nie zabrałam merynosa australijskiego! Natychmiast wykręciłam numer pogotowia, mój niezawodny mąż, obiecał dowieść w niedzielę. Dziewczyny wykazały wyrozumiałość, dla mojej początkującej działalności, widziały chyba, jak bardzo byłam przejęta.


Przystąpiłyśmy do wyboru kolorów… nie było łatwo.





Justyna zadbała o ciepło domowe, podziwiałam jej umiejętności.






Potem sporo ciężkiej pracy, porwałyśmy się od razu na czapki i kapelusze.


Praca była naprawdę wytężona, szczególnie, że nie do końca przewidziałam kurczliwość nowej wełny…ups… po raz pierwszy poczułam że takie warsztaty, to naprawdę odpowiedzialna i nie lekka robota. Swoje błędy przypłaciłam filcowaniem po nocy, ale opłaciło się. Czapeczki były przeróżne, odzwierciedlające temperamenty autorek, ale wszystkie piękne i oczywiście niepowtarzalne.



Oto piękna Karola, skupiona przy pracy.



...a to efekty





Pierwszą czapeczkę Ali w desperacji wrzuciłyśmy do pralki, co nie koniecznie pomogło.Trzeba było robić wszystko od nowa.
Na szczecie były także niemal łzy wzruszenia i szczęścia z powodu pracy własnych rak i własnoręcznie wykonanego kapelusza.
Pojechałyśmy nad jezioro, odpocząć i być może się wykąpać…?


Plaża zachwyciła chyba wszystkie kobietki, ale nie koniecznie przekonała do kąpieli. Na szczęście była z nami młoda gorąca krew w postaci Justyny właśnie, która to brawurowo wbiegła do wody i znów pokazała klasę. Cóż, nie pozostało już nic jak tylko pójść w jej ślady.





No, na brzegu pozostali oczywiście wierni kibice i fotoreporterki.





Na koniec dnia, oczywiście grillowanie i kolacja. Myślałam, że do białego rana, ale okazało się, że ok. 12 w nocy zabrałyśmy się jeszcze za nocne filcowanie. Powstały nowe czapki, kwiaty i ozdoby. No i nowa, piękna czapka Alicji, za którą dostałam nawet buziaka.
Wszystkie chyba spałyśmy dobrze, no i wszystkie w domku, choć Andzia odgrażała się, że będzie spała z kotami w drewutni.

Niedziela była równie słoneczna, śniadaniem ugościła nas Ala. Takiego pożywnego i zdrowego śniadania dawno nie jadłyśmy. Otręby orkiszowe, miodek z mniszka lekarskiego z jabłkami i gruszką…Pyszka! Andzia, zjadła obowiązkową porcję a na deser zaplanowane śledziki. Gustimus non disputantum es;)





Dojechała obiecana wełna, mój maż, oprócz niej, przywiózł mi jeszcze najcudowniejszy laktator świata, w postaci mojego 9 miesięcznego synka.




Były więc jeszcze szale, z najdelikatniejszej wełny,







no i więcej kwiatów.





Czapka Madzi, jak i cała jej postać była zupełnie nowatorska.



Po cieście z truskawkami pozostało ledwie wspomnienie… Czas nieubłaganie zbliżał się do końca.

Sporo nowych doświadczeń, mnogość opowieści od serca, dużo serdeczności….
Mam nadzieję, że to dopiero początek….
Tym czasem, dziękuję wam dziewczyny z całego serca, to był wyjątkowy czas.

Sprawozdanie z Wieprznicy 2010





No więc jest coś w tych babskich spotkaniach… Pojechało nas sześć kobitek, każda zupełnie inna, każda z jakby innej bajki…
Dzień wcześniej, specjalnie na tą okazję wymyłam samochód. Udało mi się wszystko przygotować i byłam z siebie bardzo dumna. Miałam na ta okazję cały wielki karton nowej wełny, wspaniałych kolorów i mnóstwo odcieni. Podekscytowana nowym wyzwaniem, ale i pełna obaw czy sprostam.
Wieczorem, kiedy już wszystko było gotowe, oparzyłam sobie palec… nigdy wcześniej nie miałam tak głębokiego oparzenia i byłam już niemal pewna, że powinnam odwołać imprezę. Zadzwoniłam jeszcze do Betuli, która to wyprorokowała, że do jutra palec będzie do zniesienia i nie ma obaw. Miała racje, choć ból okrutny i trudno było mi uwierzyć w tak pozytywny scenariusz.

Dziewczyny zbierały się stopniowo, ale wszystkie punktualnie. Magdalenka, która miała najdalej, zjawiła się pierwsza, w dwóch kiteczkach na głowie z małą walizeczką i szerokim uśmiechem na twarzy.
Potem Justynka, jedyna z pośród nas stanu wolnego, ubrana jak na młoda babeczkę przystało, w letnią sukienkę na ramiączkach, choć mój termometr wskazywał 14 stopni. Instynkt mamuśki, kazał mi ja natychmiast ubrać w ciepły sweterek. Trochę się opierała, ale w końcu uległa.

Drobna Karolinka, swoim wielkim wozem, przybyła z ciastem truskawkowym, które to zostało skrupulatnie zapakowane jak najcenniejszy skarb.
Na koniec, dobiła do nas Alunia, malownicza złotowłosa, przy nadziei. Zdążyła jeszcze przywitać męża na stacji, który powrócił tego dnia z podróży, by zaraz go pożegnać.
Andzia, miała dojechać na miejsce, kolejna barwna postać, której nie mogło zabraknąć.

Nasz wesoły autobus był już więc na tą chwilę obsadzony i gotowy do odjazdu.
Rozmowy po drodze, jeszcze o mężczyznach, związkach i o tym, jak wyglądały przygotowania do wyjazdu każdej z nas…



Na miejscu przywitało nas słońce, synoptykom w brew. Ja rozkładałam stół, nalewałam to i owo do kubeczków i szklanek a dziewczyny obwąchiwały teren, wybierały łóżka i wdychały zapach lasu…
Andzia znakomicie poradziła sobie z odnalezieniem naszej leśnej chaty, choć ostatnio była tu, gdy śnieg sięgał dosłownie do kolan.







Pierwsza wpadka… nie zabrałam merynosa australijskiego! Natychmiast wykręciłam numer pogotowia, mój niezawodny mąż, obiecał dowieść w niedzielę. Dziewczyny wykazały wyrozumiałość, dla mojej początkującej działalności, widziały chyba, jak bardzo byłam przejęta.


Przystąpiłyśmy do wyboru kolorów… nie było łatwo.





Justyna zadbała o ciepło domowe, podziwiałam jej umiejętności.






Potem sporo ciężkiej pracy, porwałyśmy się od razu na czapki i kapelusze.


Praca była naprawdę wytężona, szczególnie, że nie do końca przewidziałam kurczliwość nowej wełny…ups… po raz pierwszy poczułam że takie warsztaty, to naprawdę odpowiedzialna i nie lekka robota. Swoje błędy przypłaciłam filcowaniem po nocy, ale opłaciło się. Czapeczki były przeróżne, odzwierciedlające temperamenty autorek, ale wszystkie piękne i oczywiście niepowtarzalne.



Oto piękna Karola, skupiona przy pracy.



...a to efekty





Pierwszą czapeczkę Ali w desperacji wrzuciłyśmy do pralki, co nie koniecznie pomogło. Trzeba było robić wszystko od nowa.
Na szczecie były także niemal łzy wzruszenia i szczęścia z powodu pracy własnych rak i własnoręcznie wykonanego kapelusza.
Pojechałyśmy nad jezioro, odpocząć i być może się wykąpać…?


Plaża zachwyciła chyba wszystkie kobietki, ale nie koniecznie przekonała do kąpieli. Na szczęście była z nami młoda gorąca krew w postaci Justyny właśnie, która to brawurowo wbiegła do wody i znów pokazała klasę. Cóż, nie pozostało już nic jak tylko pójść w jej ślady.





No, na brzegu pozostali oczywiście wierni kibice i fotoreporterki.





Na koniec dnia, oczywiście grillowanie i kolacja. Myślałam, że do białego rana, ale okazało się, że ok. 12 w nocy zabrałyśmy się jeszcze za nocne filcowanie. Powstały nowe czapki, kwiaty i ozdoby. No i nowa, piękna czapka Alicji, za którą dostałam nawet buziaka.
Wszystkie chyba spałyśmy dobrze, no i wszystkie w domku, choć Andzia odgrażała się, że będzie spała z kotami w drewutni.

Niedziela była równie słoneczna, śniadaniem ugościła nas Ala. Takiego pożywnego i zdrowego śniadania dawno nie jadłyśmy. Otręby orkiszowe, miodek z mniszka lekarskiego z jabłkami i gruszką…Pyszka! Andzia, zjadła obowiązkową porcję a na deser zaplanowane śledziki. Gustimus non disputantum es;)





Dojechała obiecana wełna, mój maż, oprócz niej, przywiozł mi jeszcze najcudowniejszy laktator świata, w postaci mojego 9 miesiecznego synka.




Były więc jeszcze szale, z najdelikatniejszej wełny,







no i więcej kwiatów.





Czapka Madzi, jak i cała jej postać była zupełnie nowatorska.



Po cieście z truskawkami pozostało ledwie wspomnienie… Czas nieubłaganie zbliżał się do końca.

Sporo nowych doświadczeń, mnogość opowieści od serca, dużo serdeczności….
Mam nadzieję, że to dopiero początek….
Tym czasem, dziękuję wam dziewczyny z całego serca, to był wyjątkowy czas.